RECENT NEWS

The latest news from us

Piotr Fijałkowski, DZIENNIKARZ
Source
Translation

Słyszę w słuchawce: “Cześć. Helikopter potrzebuję zaprojektować”. Ja: “OK… Różowy czy czarny?”. Bo myślałem, że któryś z kolegów robi sobie ze mnie jaja. Człowiek nie jest przyzwyczajony do takich projektów w Polsce

Z Michałem Bonikowskim spotykam się w restauracji w centrum Concordia Design w Poznaniu. Piętro wyżej mieści się biuro projektowe Mindsailors, które prowadzi ze wspólnikiem Rafałem Piłatem. 

Piotr Fijałkowski: Słyszałem, że dostaliście Oscara.

Michał Bonikowski: Można tak powiedzieć. Zdobyliśmy nagrodę IF Gold Product Design Award za kostkę DICE+. To najważniejsze wyróżnienie w tej branży, określane mianem Oscara designu. Sama gala też wygląda podobnie jak oscarowa. Jest czerwony dywan, ważni ludzie, prasa, telewizja, bankiet. Wcześniej udało mi się trzy razy zdobyć nagrodę IF Product Design Award, ale dotąd nigdy złotej. Była moim marzeniem od zawsze. Zresztą pierwszy raz nagrodę dostał ktoś z Polski. To niesamowite uczucie, gdy na scenie stoi się obok ludzi z Apple’a, Lenovo czy Sony.

Co trudnego jest w zaprojektowaniu kostki? 

– Wbrew pozorom wszystko! To jest niesamowite urządzenie naszpikowane elektroniką. Zaawansowany kontroler, który daje setki możliwości, a jego zastosowanie ogranicza jedynie wyobraźnia twórców gier komputerowych. Zespół Game Technologies stworzył genialny projekt elektroniki zarówno pod względem sprzętu, jak i oprogramowania, a moim zadaniem było stworzenie obudowy, która z tą elektroniką będzie skomunikowana. W DICE+ jest prawdopodobnie więcej innowacji niż masz w telefonie, którym nagrywasz tę rozmowę. Projekt wymagał wytwarzania z dokładnością do 0.05 mm, a to jest niespotykane przy tego typu urządzeniach. Na potrzeby DICE+ stworzony został zupełnie nowy materiał przewodzący. Całość w fabryce składa się bez dodatku kropli kleju. Kolejnym wyzwaniem było ukrycie portu USB, który jest niezbędny do ładowania baterii i udało się go umieścić pod jedną ze ścianek. Mechanizm umożliwiający jej odsuwanie zmieścił się w 1,5-milimetrowej przestrzeni. Wyważenie też było wyzwaniem ze względu na akumulator, który jest tylko na jednej ze ścianek. Sam widzisz, że to coś więcej niż kostka.

Stworzyłeś wcześniej produkt, który trafiłby do milionów użytkowników? 

– Mam w swoim dorobku blisko 150 zrealizowanych projektów, które sprzedawane są na całym świecie. Bardzo często jest tak, że wchodząc do sklepu, napotykam na któryś z nich.

Telefony komórkowe… 

– Obecnie projektujemy sześć aparatów dla firmy w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. To pierwsze zamówienie, w którym klient powiedział nam, że nie ma ograniczeń materiałowych i cenowych. Jednym słowem – gdy projekt przewiduje elementy metalowe, to jest to metal. Nie musimy się zastanawiać, czy wstawić tam tworzywo sztuczne i jak je pomalować, by sprawiało dobre wrażenie. Ale takie projekty nie zdarzają się zbyt często.

Koncepcja telefonu Blackberry. Wiz. Michał Bonikowski / Mindsailors

Widziałem w internecie twoje projekty telefonów Nokii. 

– To był żart z mojej strony. Gdy pojawiły się pierwsze plotki o tym, że Microsoft rozpoczyna współpracę z Nokią, w parę chwil zrobiłem kilka projektów koncepcyjnych pozwalających zobrazować ewentualne efekty tych rozmów i wypuściłem je do sieci na portal Yankodesign.com. Z tego miejsca bardzo szybko rozlały się po wszystkich portalach technologicznych na całym świecie, aż zatoczyły koło i znalazły się również w Polsce. Było to bardzo zabawne, bo pierwszy klient, który się do nas po tej akcji zgłosił, gratulował nam współpracy z Nokią. Dla Nokii w rzeczywistości nigdy nie projektowałem, ale dzięki tym projektom koncepcyjnym zgłosiły się do nas nowe firmy, które chciały, abyśmy coś dla nich przygotowali. Okazało się to świetnym sposobem na promocję biura i powtórzyłem to jeszcze wiele razy z innymi produktami.

Ale projektujesz też większe urządzenia. 

– (pokazuje model na monitorze) To jest pełnowymiarowa maszyna. Wygląda jak helikopter, ale nazywa się to żyrokopter lub wiatrakowiec. Helikopter, aby lecieć do przodu, zmienia kąt górnego wirnika. Tutaj są dodatkowe śmigiełka umieszczone po bokach maszyny, które ją pchają. Taka konstrukcja sprawia, że potrzebuje ok. 30 metrów rozbiegu przy starcie i tyle samo na lądowanie. Co ciekawe, jest to najprostsza maszyna latająca do pilotażu. Lata się tym podobno tak łatwo jak jeździ rowerem. I wystarczy mieć najprostszą licencję na ultralekkie konstrukcje, by móc go pilotować. To jest całkiem wypasiona maszyna, bardziej jak czteroosobowa limuzyna w środku niż latające coś. Projekt jest obecnie w trakcie wdrażania i w 2015 r. pojawi się na rynku. Jest jeszcze drugi model. Prostszy, dwuosobowy, łatwy i tani w produkcji. Jest szansa, że pojawi się pod koniec tego roku. Przebieram nogami, aby się tym chwalić. W Polsce takie rzeczy dzieją się bardzo rzadko. Przez pierwsze pięć rozmów zastanawiałem się, który z moich kolegów robi sobie ze mnie jaja. Bo słyszę w słuchawce: “Cześć. Helikopter potrzebuję zaprojektować”. Ja: “OK… Różowy czy czarny?”. Człowiek nie jest przyzwyczajony do takich projektów w Polsce.

Coraz częściej zgłaszają się firmy z takich segmentów rynku, których człowiek się nie spodziewa. Ostatnio zdarzyło nam się robić kominki wentylacyjne, jakie montuje się na dachu. Teoretycznie nikt z nas nie zwraca na nie uwagi, ale jak się okazuje, konkurencja na rynku jest tak duża, że nawet one muszą wyróżniać się ładniejszą formą. Projekty wdrażane do tej pory chałupniczymi metodami przez przysłowiowego pana Henia przestały się sprawdzać. Polscy producenci coraz częściej dostrzegają swoje ograniczenia – nie urażając oczywiście pana Henia – i zgłaszają się do biur takich jak nasze.

Przez tę różnorodność zleceń w projektach bardzo często udaje nam się przemycać rozwiązania z innych branż, przez co możemy uzyskiwać ciekawe efekty. Trudno sobie wyobrazić, by ta praca stała się kiedyś nudna. Każdy projekt to nowe wyzwanie, zarówno smoczek do karmienia niemowląt, jak i żyrokopter, poprzez wszystkie projekty, które znajdują się pomiędzy nimi.

Pojazd śnieżny zaprojektowany na potrzeby magazynu “LOGO”. Wiz. Michał Bonikowski / Mindsailors

Co trzeba wiedzieć, aby projektować na tak szeroką skalę? Wydawać by się mogło, że do zaprojektowania żyrokoptera trzeba znać się np. na aerodynamice. Z kolei smoczek czy kominek to zupełnie inna bajka. 

– Też wydawało mi się, że będzie to skomplikowane. A zaprojektowanie tego żyrokoptera było łatwiejsze niż stworzenie kostki DICE. Przysięgam. I zajęło cztery razy mniej czasu. Zaczynając pracę z projektem, otrzymałem podstawowy szkielet z oznaczonymi punktami konstrukcyjnymi, które musiałem zawrzeć w bryle. Szkielet narzucał wymiary, geometrię, miejsca mocowania wirników i silników oraz sugerowane miejsca mocowania chowanego podwozia. Czyli tak naprawdę musiałem tylko zaprojektować skorupę. Wyznacznikiem było stworzenie konstrukcji w oparciu o profile lotnicze, tak by całość była aerodynamiczna, nie zapominając o miejscu dla czterech dorosłych osób i ich bagażu. Od tego zaczęło się rysowanie.

Po przygotowaniu wstępnej bryły przy pomocy programu komputerowego stworzyłem wirtualny tunel aerodynamiczny, w którym sprawdziłem, jak zachowuje się model. Wprowadziłem poprawki i potem model poleciał do prawdziwego aerodynamika, który zjadł na tym zęby. Po testach tam przeprowadzonych okazało się, że projekt wymaga jedynie delikatnej modyfikacji profilu skrzydła. O tyle fajnie wyszło, że z pomocą silników, jakie mają być zastosowane, będzie to najszybsza tego typu maszyna latająca na rynku i w założeniach ma przekraczać 300 km na godz. Ale zanim się zabrałem do pracy nad projektem, przeczytałem sporo artykułów i książek na temat aerodynamiki, bo nie da się zaprojektować czegoś takiego z pały. Każdy z projektów wymaga od nas przygotowania się i zrozumienia tego, nad czym pracujemy, i to jeden z fajniejszych aspektów tego zawodu. Tutaj nie ma miejsca na bycie mistrzem świata i zawsze konieczne są rozmowy z lepszymi od siebie, uczenie się od nich, szczególnie gdy chodzi o projekty mające wpływ na czyjeś bezpieczeństwo.

Projektujesz przedmioty dla wielkich firm. Stanąłeś na scenie w Monachium obok gigantów z Apple’a i Lenovo jak równy z równym. Nie masz wrażenia, że gdyby takie nagrody były przyznawane w Polsce, to mała firma nie zostałaby tak doceniona? Że tu działa inne myślenie?

– Mam wrażenie, że my, Polacy, mamy jakiś defekt genetyczny. Zmusza nas do tego, by być ze wszystkiego niezadowolonym, dowalić komuś, kto ma lepiej niż my, i zdyskredytować wszystkie osiągnięcia, które nie są naszą osobistą zasługą. Dam ci przykład. OldBooth – świetna aplikacja mobilna, w której swoją twarz można wstawić w stare zdjęcie np. z lat 40. Przepięknie zaprojektowana przez Pawła Jońcę, który według mnie jest najlepszym polskim ilustratorem. Aplikacja jest dopieszczona w każdym calu. Paweł wrzucił wczoraj do sieci recenzje ze świata: że super fun, pięknie zrobiona, genialnie działa. I nagle wśród tych wszystkich zachwytów po angielsku, jeden wpis po polsku: “chujowa ikona”. Z moimi projektami koncepcyjnymi było bardzo podobnie. Gdy wypuszczałem do sieci któryś z nich, momentalnie zgłaszali się do mnie ludzie ze światowych magazynów i portali, np. kultowego magazynu geeków “Wired”. Kiedyś jeden z moich projektów cały dzień wisiał na pierwszej stronie portalu CNN. Opinie: zarąbiste, fajny, genialny. A jak tylko pojawił się w Polsce, to jest taka liczba hejtów, że nie chce się tego czytać. Razi mnie to strasznie i wkurza. Nie potrafimy doceniać fajnych rzeczy z Polski i cieszyć się sukcesami innymi niż sportowe. Podobnie było z tą nagrodą, otrzymaliśmy najważniejsze wyróżnienie na świecie, jako pierwszy produkt z Polski, a polskie media kompletnie olały tego newsa. Za to było pełno informacji, że Asus czy inna duża firma zdobyła tylko wyróżnienie. Słabe.

Twitter.com/Paweł Jońca

Napisał o was “Forbes”.

– Całe szczęście byli na ceremonii, więc wywiad był zaraz po niej. To bardzo miłe, że jako jedyni się zainteresowali. W końcu na fali sukcesów olimpijskich było to kolejne złoto dla Polski.

Czemu nikt przed tobą nie wpadł na to, jak zrobić tak szybki żyrokopter? Albo jak zaprojektować elektroniczną kostkę?

– Rozwiązaniem w większości problemów jest prostota, a niestety na najprostsze rozwiązania najtrudniej wpaść. DICE+ w tym momencie dla wszystkich wydaje się być oczywistym produktem, ale musiał pojawić się Patryk Strzelewicz, który tę oczywistość objawił.Mniej więcej połowa prac, nad którymi pracuje nasze biuro, pochodzi ze świata, ale coraz częściej dzieje się tak, że te najfajniejsze pochodzą właśnie z Polski. Ostatnio sporą furorę robi firma z Wrocławia – Cloud Your Car. Wymyślili urządzenie do zarządzania flotą aut. Firmy chcą śledzić, co dzieje się z ich autami. We Wrocławiu wymyślili nadajnik, który wpina się w gniazdo zapalniczki. Łączy się on z aplikacją, którą właściciel ma na tablecie czy telefonie. Może w niej sprawdzać, gdzie jest samochód. Wydaje się to banalne. Człowiek miał wrażenie, że coś takiego działa już na rynku od co najmniej pięciu lat. Okazało się, że nie. A rynek jest tak duży, że już wchodzą z tym do USA. Urządzenie produkują we Wrocławiu. My im zaprojektowaliśmy obudowy. Prowadziliśmy to od projektu aż do dostarczenia gotowej obudowy. Teraz przygotowujemy projekt z Mateuszem Kusznierewiczem, o którym mam nadzieję będzie za chwilę bardzo głośno. Na razie nie mogę powiedzieć o tym więcej.

Urządzenie Cloud Your Car. Wiz. Michał Bonikowski / Mindsailors

Ile w Polsce jest takich firm jak twoja? 

– Z tak szerokim zakresem usług, prowadzących projekt od pierwszego szkicu do pierwszej wyprodukowanej sztuki, poprzez dokumentację produkcyjną, mechanikę – myślę, że ze trzy. W Polsce kształci się całą masę studentów, którzy są kompletnie nieprzygotowani do zawodu. Potrafią projektować piękne kształty, ale w większości kompletnie nie mają pojęcia o technologii ich wytwarzania. Przez to są to w znacznej mierze projekty, których nie da się produkować masowo. Bardzo często trafiają do nas firmy chwilę po tym, gdy okazuje się, że ich nowo zaprojektowanego produktu nie można powielić ze względu na ograniczenia technologiczne czy mechaniczne.

80 proc. klientów nie chce wywoływać rewolucji na rynku, tylko wypuścić nowy produkt szybko i sprawnie. Środowisko projektantów jest dość mocno nadęte i króluje w nim przekonanie, że im bardziej ekstrawaganckie projekty, tym lepsze. Pracując w tej branży zawodowo, a nie hobbystycznie, trzeba pamiętać, by projektować przedmioty dla klientów, a nie dla innych projektantów. Oni nie zapłacą za nas rachunków. I nie sztuką jest zaprojektować designerski produkt, który doceni wybrana garstka ludzi z wysmakowanym gustem, ale produkt masowy, który docenią miliony. Tego właśnie oczekują nasi klienci.

Przyjmujecie do pracy studentów? 

– Ja też mam defekt. Mam wrażenie, że jak coś ma być zrobione dobrze, to muszę to zrobić sam. I ciągle jest jakiś termin, ciągle coś musimy zrobić szybko. A ja swój czas dzielę dodatkowo pomiędzy dwie firmy, więc branie sobie na kark w takim momencie kogoś, komu trzeba wszystko wytłumaczyć, przypilnować, zrobić swoją część pracy, a potem po nim poprawić, to w tej chwili dla mnie za dużo. Chciałbym mieć taki 5-6-osobowy zespół studentów, ale muszę najpierw popracować nad swoim podejściem do pracy i nad tym, że jednak mogę oddać komuś jej część.

Ostatnio popularne stały się drukarki 3D. Ułatwiają ci pracę? 

– Pamiętam czasy, gdy ich nie było. Tworzenie prototypów było czasochłonne i kosztowne. A teraz robię projekt, wysyłam do drukarni i tego samego dnia trzymam w dłoni gotowy model. Taki model pozwala nam testować ergonomię, mechanikę i zweryfikować wszystkie założenia. Już nie musimy czekać do momentu próbnej produkcji, co zawsze było stresujące i bardzo niecierpliwiło. To idealne narzędzie pomagające nam w pracy. Myślę, że niebawem druk 3D zacznie wypierać inne technologie produkcji przedmiotów, bo daje nam nieograniczone możliwości tworzenia. Już teraz istnieje możliwość druku z plastiku, metalu czy gumy. Niewykluczone, że za moment praca projektanta będzie kończyła się na zamieszczeniu trójwymiarowego modelu produktu w sieci, a klient sam go sobie wydrukuje.

Ile w projektowaniu jest wizji, a ile rzemieślniczej pracy? 

– Gdyby stworzyć skalę, to ok. 10 proc. to koncepcja, czyli czas, w którym określamy, jak dany przedmiot ma wyglądać, działać etc. Wymyślenie projektu dla kogoś, kto się tym zajmuje od lat i ma sprawną wyobraźnię, zajmuje kilka lub kilkanaście minut. Najczęściej jest tak, że gdy klient opisuje założenia nowego produktu, to ja mam już w głowie gotowy projekt. Pozostałe 90 proc. to wszystko to, czego końcowy odbiorca produktu nie będzie nigdy widział – praca nad sposobem produkcji i jej optymalizacja, sposób montażu, projekt mechaniki. To bardziej przypomina architekturę, gdzie się wszystko mierzy, bada i wylicza.

Wiesz, że właśnie zniszczyłeś mi wizję projektowania? Wyobrażałem sobie, że to godziny wymyślania koncepcji, zamiana linii w niesamowite obrazy, setki rysunków, w których każdy kolejny jest nową wersją poprzedniego. 

– Przepraszam, ale większość ludzi zapomina o tym, że te projekty trzeba potem wdrożyć do produkcji. Z Rafałem potrafimy wydalać z siebie projekty przez cały dzień i w ogóle nie czuć zmęczenia. Jest to najprzyjemniejszy i najbardziej twórczy etap w projekcie. Wracając do poprzedniego pytania, dlaczego nie zatrudniamy studentów, odpowiedź brzmi – też dlatego, że nie chcemy się dzielić najfajniejszą częścią swojej pracy. Ale chętnie podzielimy się tymi pozostałymi 90 proc. Niestety, tutaj pojawia się kolejny problem z przygotowaniem technicznym i wdrożeniowym wśród studentów. Nie mają o nim zielonego pojęcia. Jest co prawda na rynku cała masa inżynierów posiadających taką wiedzę, ale oni z kolei nie posiadają artystycznego pierwiastka, dzięki któremu mogą zrozumieć wizję projektanta. A to wprowadza zbyt dużo nieporozumień i napięć. Studenci projektowania nie są nawet przygotowywani do tego, by projektować i pracować w technologii CAD, na której opiera się cała produkcja przemysłowa na świecie. Uczą się przeróżnych programów do modelowania, które w tej pracy są kompletnie bezużyteczne.

Jesteś kolejną osobą, która mówi, że kompetencje młodych rozmijają się z tym, czego potrzebuje rynek. To samo słyszę w branży informatycznej. Jest na rynku masa ludzi, która skończyła informatykę, natomiast niewielu ma wiedzę, która jest potrzebna.

– Mam znajomych, którzy prowadzą poznański oddział wielkiej firmy informatycznej z Doliny Krzemowej. Potrzebują kogoś z Pythonem [język programowania – red.]. Szukają od pół roku. Na świecie takich ludzi są miliony, a w Polsce trzech. I już pracują. Teoretycznie jest tak, że powinno się tego uczyć na studiach. W praktyce trzeba się uczyć samodzielnie.

Ale uczelnie tłumaczą, że nie uczą zawodu, tylko myślenia.

– Od pierwszej klasy podstawowej wszystkiego uczymy się na pamięć, i ten system króluje w Polsce. Myślenia to uczył mnie dziadek. Gdy byłem mały, on sadzał mnie na kolanach, chwytał ołówek i rysował bajkę, którą jednocześnie opowiadał. Gdy byłem trochę większy, on opowiadał, a ja rysowałem. Później sam sobie opowiadałem i sam rysowałem. A gdy byłem na tyle duży, by samemu utrzymać różnego rodzaju narzędzia, to chodziliśmy do warsztatu i konstruowaliśmy dziwne urządzenia i przedmioty. To była nauka myślenia i, co najważniejsze, nauka wyobraźni, dzięki której człowiek ma dziesięć razy więcej możliwości przy wyborze swojej drogi życiowej.

Kim był twój dziadek? 

– Cieślą. Manualnie bardzo sprawnym. I bardzo mądrym człowiekiem, gdy dzisiaj to wspominam.

Skończyłeś studia związane z projektowaniem?

– Zamiast pójść na studia, wyjechałem z żoną do Anglii. Po powrocie do kraju zacząłem startować w konkursach dla projektantów. W ten sposób zdobyłem pierwsze zlecenia.

Pamiętasz swój pierwszy komercyjny projekt?

– Mhm.

Co to było? 
– Butelka do szamponu. Nie była zbyt spektakularna. To było z 14 lat temu.

Właśnie mi coś uświadomiłeś. Człowiek przechodzi obok półki pełnej szamponów i dwa opakowania różnych producentów nie są identyczne. 

– Cały świat jest zaprojektowany. Ktoś wymyślił krzesło, na którym siedzimy, ktoś stworzył te lampy wiszące nad stołem, który też ktoś zaprojektował. Kiedyś to byli rzemieślnicy, teraz to projektanci czy designerzy. Ja chyba wolę być rzemieślnikiem, bo to kojarzy mi się z dobrze wykonaną pracą.

Share on FacebookShare on Google+Share on LinkedInPin on PinterestShare on RedditShare on StumbleUponShare on TumblrTweet about this on Twitter

No comments yet